Czesc 2 Czesc 1 "Przed" Czesc 6 Czesc 5 Czesc 4 Czesc 3 Czesc 2 Czesc 1 was czytam Druga z ulubionych Polek Jedna z ulubionych Polek |
shpeelaNareszcie! Nareszcie! Po kilku męczących miesiącach nastał spokój. Jako taki. Wgryzam się w swoją nową pracę, gdzie mam mówić ludziom, co robić. Przyzwyczajam się do nowego mieszkanka, gdzie mamy mnóstwo przestrzeni, ale z za małymi - jak dla mnie - oknami. No i te auto nowe, też się prosi, żeby je poprowadzić, ale najpierw prawko potrzebne. W przyszłym miesiącu mam zamiar się zapisać na jazdy. Ten miesiąc przeznaczę na teorię. Eh... jeszcze dobrze pamiętam, jak umoczyłam trzy razy egzamin z jazdy, kiedy jeszcze w Polsce byłam :/ Trauma. Jest w miarę przyjemnie. Ze Słoneczkiem jakoś mi całkiem nieźle się życie turla. Raz na wozie, raz pod wozem, ale generalnie to mogę przyznać, że jestem szczęsliwa. Oczywiście, są też i problemy. W pracy, mnie kobiecie i w dodatku Polce (jedynej!), ciężko zdobyć posłuch wśród podwładnych anglików, czy normalną współpracę z angielskim menadżerstwem. Często miewam zmiany na 5:30 rano, co oznacza bardzo wczesną pobudkę dla nas obydwoje, bo Słońce musi mnie podwieźć do pracy, a przez to jest bardzo nieszczęśliwy. Polityczne zagrywki pomiędzy dwoma menadżerami w pracy zaczynają wpływać na efektywność całego zespołu i takie tam... Słońce świeci, jest cieplutko, aż chce się otworzyć okno i poczytać książkę na parapecie. Chciałoby się! Anglia najwidoczniej nie zna parapetów :/ 2010-04-29 18:22:08 skomentuj (1) Sprzed kilku tygodni... Ciekawe… Katie mnie dzisiaj ostrzegła, że tuż po tym, jak się zamieszka razem z facetem, to poajwia się syndrom „nienawidzę cię”i trwa jakoś przez tydzień. Ciekawe, bo zaraz po tym ostrzeżeniu syndrom się objawił. Ni stąd, ni zowąd, bo posiłek zjedliśmy razem w dobrym, nastroju, powród do domu też jakoś przeminął bezkonfliktowo i już się nawet braliśmy za zakupy online, ale jakoś nie wyszło. Znowu, bo robimy te zakupy już od trzech dni. Mieszkamy na nowym od czterech… Nie mamy czajnika, więc wodę gotuję w ekspresie do kawy. Nie mamy sztućców, więc się posługujemy plastikowymi widelcami, co to podpierniczyliśmy z chińskiej restauracji, mamy co prawda pralkę, ale nie podłączoną, bo trzeba dziurę wywiercić i moje Słońce woli, żeby to załatwił jakiś człowiek, co to się zajmuje budynkiem. Całe szczęście lodówka chodzi… przynajmniej mleko na kawę mi nie skiśnie… Słońce robi dużo w mieszkaniu, bo miał trzy dni wolnego i poskładał większość mebli, ale zrzęda się z niego robi straszny przez to. I proszę… wyszłam z pokoju, bo nie chciałam wysłuchiwać, a ten zamknął drzwi, zgasił światło i poszedł spać… zupełnie go to nie obeszło. Zatem dzień 4: pierwsze stadium „Nienawidzę cię”, bo ty śpisz, a ja siedzę w kuchni wkurzona i użalam się do laptopa (jakbyśmy mieli internet podłączony, to mogłabym przynajmniej z kimś poczatować). Eh…
<już wszystko ok> 2010-04-05 21:01:05 skomentuj (0) Piękny początek 2010 Że niby jak to jest??? To facet może sobie trzymać na kompie zdjęcia swoich byłych, czy koleżanek (wdzięcznie gnących się do zdjęcia) poukładane skrupulatnie w foldery (zatytułowane NIC), skopiowane dodatkowo na dysk zewnętrzny (aby broń Boże nie stracić!), jak i również starannie wybrane z tychże folderów i skopiowane na telefon?????????????????????? Czy to ja się czepiam? Czy jakiś facet może mi wytłumaczyć w jakich celach przechowuje się w ten sposób zdjęcia swoich pięknych koleżnek, czy przeszłych dziewczyn? Czy ktoś jest w stanie znaleźć tak dobre kłamstwo, że w nie uwierzę? A 2010 miał być taki dobry dla mnie :((( 2010-01-05 10:49:41 skomentuj (3) Takie tam... - Bo widzisz, wszyscy myśleli, że to przez dwutlenek węgla i zaczęli budować elektrownie napędzane przez wiatr, czy wodę, żeby nie zanieczyszczać środowiska jeszcze bardziej. I temperatura miała opaść, przy jego niższym stężeniu … - Ale, mamo, mamy jego śladowe ilości w powietrzu, a przecież temperatura nadal rośnie… - moje dziecko rzuca kamieniem w stronę pawiana z czerwonym zadem przebiegającego przez ogród, żeby go przepłoszyć. - Bo mało kto wtedy wiedział o innej teorii, bardziej prawdopodobnej, gdzie naukowcy mówili, że to nie dwutlenek węgla i działalność ludzka, ale aktywność słońca wpływa na temperaturę na Ziemi. - To czemu nie nagłośnili tego? Przecież mogłoby wszystko potoczyć się inaczej? - Ech – wzdycham dramatycznie i opieram się o jedną z naszych palm – tego, kochanie, nie wiedzą nawet najstarsi górale… - Więc wszyscy posłuchali się jednej niepewnej teorii? - Biznes, wszystko to biznes w połączeniu z kampanią medialną. Najbardziej dostępne dane, jakie nam serwowano, to teoria o dwutlenku węgla. W każdym razie teraz mamy energię ze żródeł odnawialnych. Popatrz, jak świetnie rozwinęły się Zielone Elektrownie, czy Urzędy Kontroli nad Globalnym Ociepleniem. Wszyscy ludzie mają zatrudnienie… - A my używamy świeczek, bo jedna mega-firma, jaka zabudowała Saharę bateriami słonecznymi, wywindowała ceny za energię tak wysoko, że nie bardzo nas na nią stać, a ci, co używają generatorów, czy pieców idą do więzienia… i tak, nowe miejsca pracy dla klawiszów mnożą się i mnożą… - Racja, kochanie – ocieram pot z czoła, zmieszany razem z kremem przeciwsłonecznym, faktor 1500 i zapatruję się w dal, gdzie na pobliskich wzgórzach, wśród bambusów, grasują masy współczesnych szkodników, pand wielkich – trochę to szalone. - Więc ktoś gdzieś popełnił błąd i nikt się nie zorientował? - Dużo ludzi się zorientowało, ale nikt nic nie mógł zrobić, polityka… - Trochę nieudane te wasze pokolenie, mamo. - Ech… - wzdycham jeszcze raz na koniec rozmowy. Wsiadamy później na naszego nowego, genetycznie podrasowanego wielbłąda (typ: przegubowiec dwuosobowy) i odjeżdżamy w stronę zachodzącego, wszystkiemu winnego słońca, śpiewając w kanonie „Świat się pomylił”…
Nudzi mi się. Odkąd słoneczko sobie pojechało na urlop, zajmuję się, czym popadnie, a z uwagi, że jestem podatna na uzależnienia, uczepiłam się tematu na topie: globalne ocieplenie, a im więcej czytam, czy oglądam, tym wyraźniej widzę przyszłośc swoją i swoich potomków. Powoli się zatem przygotowuję do trudnej rozmowy w ogrodzie z własnym przyszłym dzieckiem, żeby wyjaśnić co się stało i dlaczego akurat tak.
A właśnie sobie poczatowałam ze słoneczkiem na facebooku. On przywitał mnie pieszczotliwym „cześć świrze”, ja go nazwałam „kochanym dupkiem”…
Dodatkowo wkręciłam się niechcący w serial pt. „Londyńczycy”. Cóż… przy piątym odcinku czekałam na amnezję, a przy szóstym – ślepotę, bo tak to się dzieje mniej-więcej w serialach, prawda? Jednak chyba nie w tym sezonie. Jakbym w poprzednim życiu oglądała „M jak terere”, to pewnie teraz miałabym fajną zabawę „Znajdź 10 szczegółów, które różnią dwa seriale”.
Z uwagi, że zapisałam się do programu fundowanego przez NHS (jak NFZ), Rzuć Palenie, chodzę teraz co środę na terapię grupową („Cześć, jestem Shpeela, obiecuję rzucić palenie”) i właśnie zaczęłam przyjmować jakieś super-tabletki, co to mają mi odrętwić ośrodek w mózgu odpowiadający za uzależnienia. Przyjęłam pierwszą dawkę, zaraz zasnęłam twradym snem i przyśnił mi się dziwny film, że mnie zdyskwalifikowali z charytatywnej wyprawy rowerowej Anglia - Polska, bo nie wpłaciłam 200 funi na czas… cholerna biurokracja! Wstałam wkurzona.
Na koniec naszej rozmowy Słoneczko obiecało mi skopać tyłek, jak tylko wróci, a ja w ramach rewanżu obiecałam, że wykręcę mu sutki… I gdzie ta romantyczna miłośc, kiedy facet mówi „Twoje oczy są piękniejsze, niż tafla jeziora w gwieździstą noc”, a ona pąsowieje i skromie spuszcza wzrok? Czy ja mam rozumieć, że te wszystkie Harlequiny, które przeczytałam, kłamały???? 2009-09-29 15:47:29 skomentuj (2) Ho ho! W pierwszej kolejności dziękuję za WSZYSTKIE komentarze pozostawione pod poprzednią notką. Przeczytałam każdy jeden. Jeszcze teraz próbuję przetrawić wszystkie opinie: pominąć te najgorsze, zapamiętać te najlepsze i odpowiedzieć na te, które domagają się wytłumaczenia. Tylko: skąd, u licha, nagle tyle komentarzy???? Jakim cudem dokopaliście się do mojego bloga??? Moje „wypociny”, które prowadzę od jakiegoś roku, zazwyczaj adresuję do wszystkich TRZECH moich czytaczy i wiem, że znają całe tło opisywanych wydarzeń. Więc jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam niektóre posty, gdzie ktoś radośnie i z emfazą ocenia moją osobę na podstawie kilku słów napisanych i kilkunastu, które sam sobie dopowiedział. Najpierw się obronię: Gdzie jest napisane, że jestem managerem??? Próbowałam się wyszkolić na managera. Jak widać po dacie, notkę napisałam miesiąc temu. Od tamtej pory, nie stało się nic, przez co miałby się poprawić mój status w firmie. Gdzie jest napisane, że siedzę na ciepłym stołku i nic nie robię??? Pracuję na nocki: od 22 do 7 rano i cały ten czas spędzam na wkładaniu w półki towaru. Moje miejsce pracy składa się z kilkunastu lodówek, a ja zazwyczaj zasuwam przy mięsie (rzucam mięsem, owszem). Przez rok pracowałam dodatkowo w kafejce internetowej. Odkąd zgłosiłam się na szkolenie, zasuwam przy mięsie, ciachach i sałatkach, a po godzinach kończę to, czego nie zdążyli zrobić inni. Nikt mi za to nie dopłaca. W listopadzie minie mi już dwa lata w tej pracy i jeśli pośród rzucających kamieniami są tacy, co pierdzą na co dzień w stołek, proponuję im otworzyć poprzednią notkę jeszcze raz i ładnie przeprosić.
A teraz do rzeczy. Przez chwilę miałam ochotę trochę pozmyślać i poczęstować was jakąś soczystą fikcją literacką, ale nie… Myślę, że powinnam przedstawić wam pełną historię, albo po prostu wyjaśnić niektóre wątki. Historia Zuzi i Gabrysi zakończyła się szybko i nawet bez echa. Gabrysia zamiast złożyć wymówienie, napisała podanie o transfer na inny dział, a Zuzia ma się dobrze (w chwili obecnej nie wiem, kogóż to następnego planuje wykończyć na amen). Z tego, co mi wiadomo ani jedna, ani druga nie poznała żadnego przystojnego chirurga, chyba, że chirurg był w pierony nieatrakcyjny, bo obydwie pozostają przy swoich dotychczasowych partnerach (nuda, nie?).
Od siebie: Nie jestem Zuzią, Gabrysią nigdy nie będę, nie gryzie mnie sumienie i ogólnie rzecz biorąc, nie mam sobie nic do zarzucenia w całej tej historii. Nawet, jeśli czyimś zdaniem niesłuszne było pozostanie bezstronną, to MOIM ZDANIEM było to jak najbardziej właściwe. I, sama sobie jestem świadkiem, że pomogłam Gabrysi na tyle, na ile potrafiłam, kiedy poprosiłam managera i Zuzię o ciszę i jeszcze raz, powoli i wyraźnie powtórzyłam wszystkie warunki, jakie managero jej proponował. A były bardzo korzystne, tylko dziewczynka postanowiła jednak nie skorzystać. Jednocześnie MOIM ZDANIEM cała sprawa to była głupota i uznałam, że nie warto pchać palca między drzwi. Nie moim zadaniem było rozwiązywać ten konflikt, tym bardziej, że sprawa ciągnęła się dość długo, z czego ja wiedziałam tylko o tych co ciekawszych wydarzeniach. Jeden ciekawy epizod miał tu miejsce, kiedy partnerzy skłóconych dziewcząc postanowili rozwiązać problem po swojemu i obydwaj pojawili się w ich miejscu pracy… Poza tym, skąd mam wiedzieć która z nich ma rację? Która mówi prawdę? Zapomnieliście o tym. Całą notkę napisałam dlatego, że byłam bardzo zdziwiona całą sprawą, a szczególnie postawą Zuzi, którą – myślę – wielu z was dobrze zna z pracy, szkoły, sąsiedztwa etc. Ot, powiedzmy, że Zuzia mnie rozczarowała, bo co innego nie dać sobie w kaszę napluć, a co innego tak zjechać Gabrysię. Bo to, co najbardziej mnie irytuje, to chamstwo i ta zawiść między Polakami, kiedy powinni się jakoś solidaryzować i wspierać wzajemnie w obcym kraju. MOIM ZDANIEM takie głupoty załatwia się rozmową twarzą w twarz, na stronie, a jeśli to nie skutkuje, to gadasz z szefem i – wierzcie mi – manager podołał problemowi: zaplanował dziewczętom pracę tak, że nie miałyby ze sobą żadnego kontaktu.
Zatem, drogie robaczki, lekcja z tego jest taka: nie oceniaj człowieka po jednej notce, jak uważasz, że nie warto czytać notki, to zmień stronę, a nie marnuj swojego czasu na pisanie durnowatego komentarza i mojego – na czytanie, a przepis na lasagne wystarczy wygooglować i praktycznie każdy się nada.
Pytanie dość istotne: czy gdybym napisała, że faktycznie obroniłam Gabrysię własną piersią, natłukłam Zuzi i oplułam managera za niekompetencję, że wszystko zakończyło się "idealnie" (może nawet z amerykańskim "happy endem"), mielibyście nad czym się zastanowić?
A życie toczy się dalej… Z ostatnim dniem września oficjalnie wypisuję się z listy kandydatów na szkolenie, skupiam się bardziej na angielskim i kompletuję podanie na studia. Jeśli moje szefostwo liczy, że będę się zażynać w kolejne święta Bożego Narodzenia „dla dobra firmy”, to się grubo myli. Moje Słoneczko wyjeżdża na urlop do domu. Mój urlop za miesiąc i zabieram do Polski swoją angielską psiapsiółę. Najwyższa pora udowodnić, że w Polsce nie jeździ się już bryczkami, nie jada się łąbędzi, a na co drugin rogu ulicy znajduje się McDonalds. Wrocław do tego jest idealny. Szkoda tylko, że Skytower jeszcze w powijakach… A zaraz idę pochwalić się Qmplowi, jaką burzę w szklance wody wywołałam swoją notką i co z tego wynikło. I jakiż to ze mnie romantyczny bohater rozdarty wewnętrznie… 2009-09-21 21:42:45 skomentuj (10) |
|